
Dnia 10.06.09r. „Smoki” wybrały się na wielką eskapadę do Tanowa do stadniny koni o szybkiej nazwie „Galoper”, można było się spodziewać, że wycieczka będzie przebiegać w ekspresowym tempie, nic bardziej mylnego.
Nasza przygoda rozpoczęła się bardzo atrakcyjnie o godz. 9.00, gdyż błądziliśmy, jeżdżąc po okolicach Tanowa i szukając „naszych” koni. Z 30 minutowym opóźnieniem, ale wreszcie dotarliśmy na miejsce – przestrzeń, zieleń, zieleń, ognisko, plac zabaw, znowu zieleń, plac zabaw i……konie, tak przedstawiało się miejsce, gdzie mieliśmy spędzić najbliższe godziny.
Dzieci, wygłodniałe i spragnione powietrza i przestrzeni, rzuciły się przed siebie, biegnąc gdzie nogi poniosą, a mogły ponieść daleko. Nareszcie nie było ograniczeń, innych dzieci, nie było słychać: „ciszej, nie krzyczcie, nie wolno biegać”, młode, niczym nie skrępowane dusze i ciała dzieci mogły swobodnie brykać po trawie i korzystać z uroków wolności. A panie……., panie z błogim spokojem mogły przygotować pożywienie dla „smoczych” apetytów i przyglądać się jak „Smoczyńska” oddają się uciechom wsi sielskiej i anielskiej.
Kolejnym etapem naszej przygody bała jazda na kucykach i to nawet na dwóch, jednym czarnym, a drugim brązowym. Żaden „Smok” nie poddał się strachowi i wszyscy dzielnie „galopowali” na konikach. Oczywiście, uspokajając rodziców, galopowali bardzo powoli. Niestety, panie, mimo usilnych pragnień i marzeń, nie mogły pogalopować, gdyż kucyki zmęczone i strudzone, nie byłyby w stanie dźwignąć ich lekkich i wiotkich ciał, a do tego, pani Jola mogłaby sama nogami odpychać się od ziemi. Także z utęsknieniem i łzą w oku wszystkie panie patrzyły jak dzieci mocno trzymają się w siodle.
Potem była wielka uczta dla „smoczych” żołądków, które zostały napełnione pieczonymi kiełbaskami, pieczonym chlebem, bułkami, napojami, słodyczami i innym pysznościom, które dzieci miały w swoich zbiorach plecakowych.
I nadszedł czas na wycieczkę po stajni i osobiste poznanie naszych milusińskich. Ach, cóż to były za osobistości: najstarszy koń, który doczekał się dzieci i wnuków, był też najbardziej zasłużony, medalista, był najmłodszy i najpiękniejszy, a także był koń o oczach, które błyszczały niczym dwa złote medale. Wszyscy mogli dotknąć koni, pogłaskać, coś pięknego, tylko ten zapach, czemu te konie tak „pięknie” pachną, widocznie „Dior” zapomniał o koniach.
W ten sposób zbliżyliśmy się do końca naszej przygody. Dzieci jeszcze miały możliwość ”poszaleć” na drugim placu zabaw, żeby maksymalnie wyczerpać wszystkie zapasy energii, głosu i siły, ale nadszedł moment, kiedy musieliśmy spakować swoje plecaki i ponownie wsiąść do autokaru, tym razem, niestety, w drogę powrotną.
Wróciliśmy po 5 godzinach cudownej przygody, bardzo zadowoleni, szczęśliwi, najedzeni, napojeni, z mnóstwem wrażeń i wcale……………….nie zmęczeni!!! Tak, to była wycieczka, jakiej jeszcze nie było!!! I koniecznie musimy ją powtórzyć!!!
Do zobaczenia, na trawach „Galopera”!
P.S. Nasza
wycieczka była zasługą kilku rodziców, to, że wszystko tak sprawnie i doskonale
przebiegało, że mieliśmy zapewniony prowiant, autokar i fantastyczne miejsce,
jakim jest „Galoper” zawdzięczamy:
Ø
Pani Joannie
Jurkojć, która zorganizowała wycieczkę;
Ø
Pani Annie
Górnik, która zakupiła pyszne kiełbaski;
Ø
Pani Dorocie
Tor, która zakupiła pieczywo;
Ø
Państwu
Skubiszom, którzy zakupili napoje;
Ø
Państwu
Szymczakom, którzy zorganizowali transport.
GORĄCO DZIĘKUJEMY!!!
Sprawdziło się powiedzenie, że w tylko wspólnymi siłami można osiągnąć największy sukces, jakim była nasz wycieczka.

Tekst: Jolanta Wróbel
Foto Marzena Sobczuk
Projekt
i wykonanie strony Renata Wiśniewska